wtorek, 17 listopada 2020

The Crown: sezon 4


Sam jestem, samiutki z sobą samym...
pisał kiedyś J.D. Salinger w Buszującym w zbożu

Samiutka jest w 4 sezonie serialu The Crown królowa, samiutki jest jej następca, samiutka jego żona i jego kochanka, samiutka jest siostra królowej i córka królowej, samiutka jest nawet pierwsza w historii Wielkiej Brytanii pani premier. Zaskakujący i smutny zarazem jest fakt, że na szczycie często nie ma do kogo otworzyć ust. Ust, które wręcz błagają o wysłuchanie. 

Kolejna odsłona dziejów rodziny Windsorów obejmuje okres tzw. taczeryzmu, czyli rządów Żelaznej Damy, Margaret Thatcher. To 11 lat, w czasie których na czele kraju stały obok siebie dwie kobiety, rówieśniczki, tak inne i tak podobne do siebie zarazem. Można powiedzieć, że jednym okiem obserwujemy ich napięte często relacje, a tym drugim zerkamy na historię, która miała być piękną bajką, a okazała się narodowym dramatem rozpisanym na blisko dwie dekady. 

Gdzieś tam w środku chcemy nawet, żeby Dianie i Karolowi się powiodło, mimo że wiemy, tak doskonale wiemy, czym to się dla nich skończy. Przypomina to trochę oglądanie powtórki meczu, który zakończył się przegraną ulubionej drużyny. Mamy nadzieję, że może jednak, może tym razem jej się uda. Ale powtórka kończy się jak zawsze: porażką. 

Dialogi, muzyka, scenografia, poziom aktorski... w The Crown jak zwykle nie ma się do czego przyczepić. Może tylko do tego jednego, że nazbyt dramatyzują, nazbyt wymyślają, nazbyt nieprawdopodobna jest ta ich historia. Kto by w nią uwierzył, gdyby nie wydarzyła się naprawdę? A to tylko preludium do tej mrocznej karty w dziejach rodziny królewskiej, którą nazywamy latami 90. 

Wniosek z tegorocznego seansu? Niezmiennie ten sam. Uważaj czego sobie życzysz. Może się spełnić. 

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia