środa, 3 czerwca 2020

Dlaczego księżna Diana zginęła?

Śmierć księżnej Diany
Fot. Erik1980 (CC BY-SA 3.0)


Tydzień temu omówiliśmy sobie okoliczności, w jakich doszło do śmierci księżnej Diany. Przy okazji dziękuję wam za to, że w komentarzach podzieliliście się ze mną swoimi wspomnieniami z tamtego czasu. Dzisiaj natomiast chciałabym się skupić na przyczynach, które doprowadziły do wypadku, a w konsekwencji również do śmierci aż trzech osób, w tym księżnej Walii. 

Szereg fatalnych decyzji


Niedługo po wypadku swoją pracę rozpoczęli francuscy śledczy, a niemal 10 lat po śmierci księżnej Diany sprawę postanowili zbadać również angielscy. Wnioski obu tych ekip były w zasadzie podobne. Według ich ustaleń do wypadku doprowadziły trzy czynniki: zbyt duża prędkość, z jaką poruszał się samochód, stan, w jakim znajdował się jego kierowca oraz pogoń tzw. paparazzi. Mówimy więc o całym szeregu fatalnych decyzji, jakie zostały podjęte tamtego pamiętnego wieczoru.

Igranie z losem


W trakcie śledztwa ustalono, że prowadzony przez Henriego Paula Mercedes S280, w momencie, w którym wjeżdżał do tunelu Alma, miał na liczniku od 100 do nawet 150 km/h. Bez względu na to, które z tych wskazań jest bliższe prawdy, było to o wiele więcej, niż zezwalały przepisy obowiązujące na paryskich ulicach. Dlaczego więc Paul jechał tak szybko? Wydaje się, że najbardziej oczywista odpowiedź na to pytanie brzmi: bo trudno jest uciec komukolwiek, jadąc przepisowe 50 km/h. 

Embed from Getty Images 
 
Przy okazji ujawniono też jednak, że żadna z osób znajdujących się w samochodzie, nie miała zapiętych pasów bezpieczeństwa. Pojawiło się więc kolejne pytanie z serii "dlaczego?". Skąd taka niefrasobliwość, zwłaszcza w czasie ucieczki? Co miał w głowie Trevor Rees-Jones, że nie zadbał o tak podstawowy element bezpieczeństwa? Tego nie wiemy. 

Co ciekawe, w pewnym momencie francuscy śledczy doszli do wniosku, że Rees-Jones jako jedyny w samochodzie był jednak przypięty pasem, ale później te ustalenia odrzucili, uznając ostatecznie, że tak nie było. Poinformowano jednocześnie, że zapięte pasy z dużą dozą prawdopodobieństwa, uratowałyby życie pasażerom tego słynnego samochodu. 

Po opublikowaniu tych ustaleń, pod adresem dwóch ochroniarzy Dodiego posypało się sporo gorzkich słów. Rees-Jones jako jedyny przeżył wypadek w tunelu Alma, ale jego zdrowie bardzo wtedy ucierpiało. Jeden z lekarzy opisywał, że tuż po kraksie twarz ochroniarza przypominała wielką, krwawą ranę. Spędził 10 dni w śpiączce, mając ciężki uraz mózgu, klatki piersiowej i zmiażdżoną twarz, którą później zrekonstruowano, używając to tego 150 kawałków tytanu. Walka o jego życie i zdrowie trwała długo, a sam Rees-Jones do dzisiaj nie pamięta niemal niczego z wypadku. Jego pamięć zatrzymała się na momencie wsiadania do auta. 

W 2000 roku w telewizji wyemitowano wywiad z jednym z chirurgów, którzy się nim zajmowali. Powiedział on wtedy, że nigdy nie widział żywego człowieka, który miałby tyle złamanych kości. Matka Rees-Jonesa wyznała z kolei, że twarz jej syna wyglądała, jakby została uderzona przez patelnię znaną z kreskówki Tom i Jerry. Była zupełnie płaska, a lekarze przy jej rekonstrukcji wzorowali się na starych zdjęciach swojego pacjenta. 


Po wypadku zarzucano mu dość otwarcie, że nie był przeszkolony do ochrony członków rodziny królewskiej, co oczywiście było prawdą. Rees-Jones zaczął pracę u Al-Fayedów w 1995 roku, tuż po tym, jak zrezygnował ze służby w wojsku. Nigdy nie miał okazji pracować w takich warunkach. Trudno mieć jednak o to do niego pretensje. Diana dostała propozycję korzystania ze wsparcia królewskich ochroniarzy, ale ją odrzuciła. Towarzyszyli jej tylko w czasie pełnienia oficjalnych obowiązków. Przez resztę czasu była zmuszona radzić sobie bez nich. 

Niemniej jednak były ochroniarz księżnej, Ken Wharfe, oświadczył w 2016 roku, że gdyby tylko Rees-Jones chciał, Scotland Yard przeprowadziłby dla niego nieoficjalne szkolenie. Nie wiem dlaczego te informacje odnoszą się tylko do jednego z ochroniarzy Dodiego, tym bardziej, że według większości źródeł do jakich dotarłam, to Kez Wingfield miał dbać o bezpieczeństwo księżnej, podczas gdy Rees-Jones odpowiadał za Dodiego. 

Wracając jednak do naszego głównego wątku, może Diana, Dodi, Trevor i Henri chcieli odjechać jak najszybciej, a pasy zapiąć po drodze? W końcu na tyłach hotelu zostali zaskoczeni przez paparazzi, których najwyraźniej się tam nie spodziewali. Do wypadku doszło zaś zaledwie 3-4 minuty po tym, jak wyruszyli w drogę. A może po prostu zmuszenie do zapięcia pasów kogoś takiego jak Dodi, było trudnym zadaniem? Z historii znamy przykłady, w których np. dochodziło do katastrofy lotniczej, bo młodszy pilot nie umiał się postawić starszemu i bardziej doświadczonemu.

Embed from Getty Images  

Nie jest zresztą żadną tajemnicą, że praca dla Dodiego nie była łatwa. Mówiło się, że jego ochrona miała słuchać, a nie pytać. Sam Rees-Jones zeznał po wypadku, że to Paul wpadł na pomysł, aby oszukać paparazzi i że początkowo Dodi chciał jechać do swojego mieszkania wyłącznie w towarzystwie jego i Diany, na co się z Wingfieldem nie zgodzili. Uznali, że przynajmniej jeden z nich powinien być wtedy w samochodzie. 

Ujawnienie tych informacji nie przekonało jednak ani byłych ochroniarzy Diany, ani Mohameda Al-Fayeda, który początkowo bardzo wspierał Rees-Jonesa, m.in. płacąc za jego liczne operacje. Ostatecznie jednak zarzucił obu swoim byłym już wówczas pracownikom brak profesjonalizmu. Wingfield i Rees-Jones odeszli z pracy u Al-Fayeda w 1998 roku w odstępie zaledwie kilku miesięcy.

Nieszczęsny Henri Paul 


Szybkość, brak pasów i kiepskie decyzje ochroniarzy to tylko wierzchołek góry lodowej. Za głównego sprawcę wypadku uznano bowiem kierowcę Mercedesa S280, Henriego Paula. Śledztwo wykazało, że w nocy z 30 na 31 sierpnia 1997 roku znajdował się nie tylko pod wpływem alkoholu, ale i środków psychotropowych.

To, z jakiego powodu Paul wrócił do pracy tamtego wieczoru, próbowaliśmy wyjaśnić sobie tydzień temu. Śledczych zainteresowała jednak jeszcze jedna kwestia. Paul prowadził hotelowe auto, mimo że nie miał do tego uprawnień, o czym jego pracodawca wiedział. Dlaczego to zignorował? Znowu pozostaje nam zgadywać. 

Henri Paul to zresztą postać dość zagadkowa. Dla rodziny Al-Fayedów pracował blisko 11 lat. O wolnym etacie w hotelu Ritz poinformował go podobno kolega z policji, z którą utrzymywał świetne kontakty. Mówiło się, że aby dostać się do działu ochrony, Paul znacząco upiększył swoje CV. Najwyraźniej były to czasy, w których takie rzeczy jeszcze uchodziły na sucho. Paul miał twierdzić, że w przeszłości m.in. odpowiadał za bezpieczeństwo jednej z francuskich baz lotniczych, co było nieprawdą. Przed podjęciem pracy w Ritzu zajmował się bowiem sprzedawaniem katamaranów. W młodości chciał co prawda zostać zawodowym pilotem, ale okazało się, że ma za słaby wzrok. Latać mógł więc tylko hobbystycznie. W wolnym czasie czytał za to sporo książek. 

Embed from Getty Images

Był kawalerem, ale miał na koncie jeden poważny związek, który zakończył się w 1995 lub 1996 roku. Mówi się, że to właśnie z powodu tego rozstania przepisano mu antydepresanty. Według niektórych źródeł zażywał też łagodne środki stosowane w leczeniu alkoholizmu, ale trudno to potwierdzić, bo w momencie wypadku nie miał we krwi ich śladów. Stan jego wątroby również nie budził niepokoju. Oznaczało to, że albo nie był alkoholikiem, albo nim był, ale stosunkowo krótko. 

W wyniku śledztwa ustalono, że w jego krwi znajdowało się około 1,7 promila alkoholu, czyli całkiem sporo. Po większości ludzi byłoby to widać. Problem w tym, że trudno się w zachowaniu Paula tego wieczoru dopatrzeć np. problemów z równowagą. Nagrania z hotelowego monitoringu są dostępne w sieci, więc sami możecie to ocenić. W pewnym momencie widać tam nawet, jak Paul bez większych problemów wiąże sobie buty. Nie chcę przez to powiedzieć, że nie był pijany, tylko raczej poddać w wątpliwość opinię, że był, jak twierdzą niektórzy świadkowie,"pijany jak świnia". 

Kez Wingfield stwierdził w swoich zeznaniach, że z zachowania Paula tego wieczoru nie wywnioskował, aby ten był pijany, bo inaczej nie pozwoliłby mu wsiąść za kółko, zwłaszcza z Dianą i Dodim w środku. Obaj ochroniarze zaprzeczyli też, że wyczuli charakterystyczny zapach alkoholu, kiedy z nim rozmawiali. 

Ostatecznie w wyniku śledztwa stwierdzono, że z dużym prawdopodobieństwem Paul wypił dwa drinki w hotelowym barze już po tym, jak wrócił do pracy. Wydaje się jednak, że to za mało, aby mieć takie stężenie alkoholu we krwi. Co więc robił między godziną 19.00, kiedy wyszedł z pracy, a 22.10, kiedy do niej wrócił? Cokolwiek to było, na pewno brał w tym udział alkohol. 

Co ciekawe i być może istotne, jakiś czas przed wypadkiem pominięto go ponoć przy awansie na szefa ochrony hotelu. Czy to z powodu tego typu problemów? Niewykluczone. Ale jeśli tak, to komu, u diabła, przyszło na myśl zrobić z niego kierowcę, nawet okazyjnego? 

Papa, paparazzi


Jeszcze tej samej nocy, w której doszło do wypadku, policja zatrzymała fotografów, którzy podążali za samochodem Diany i Dodiego. Według niektórych źródeł było to 7 osób, według innych 10, ale bez względu na ostateczną liczbę, wydaje się, że paparazzi dość szybko zostali uznani za kogoś, kto mógł doprowadzić do tej katastrofy, a to z kolei jest chyba dowodem na dantejskie sceny, jakie musiały się tam wtedy rozgrywać. 

Zanim rozwiniemy ten temat, wyjaśnijmy sobie jedną sprawę. Diana lubiła grać z mediami w bardzo niebezpieczną grę. Informowała ich gdzie będzie, obiecywała im ciekawe newsy, po czym chwilę później wściekała się, że nie dają jej żyć. Jak myślicie, kto zaprosił przedstawicieli mediów na francuskie wybrzeże? Nie próbuję usprawiedliwiać paparazzi, ale chciałabym, żebyście mieli pełny obraz sytuacji. Diana i media żyły w swego rodzaju symbiozie i wzajemnie na sobie żerowały.

Embed from Getty Images

Niektórzy świadkowie opisywali, że prowadzony przez Paula Mercedes S280 był otoczony motocyklami i skuterami niczym "rój". Nie ma jednak wątpliwości, że paparazzi pojawili się w tunelu już po tym, jak doszło w nim do wypadku. Śledczy wykluczyli więc ich bezpośredni udział w zdarzeniu. Jedyną zagadką pozostawał niemal mityczny już dzisiaj pojazd, czyli słynny biały fiat uno. Francuzi uznali, że w tunelu doszło do zderzenia dwóch samochodów, bo na wraku Mercedesa znaleziono ślady farby pochodzącej z takiego właśnie auta. Policja sprawdziła ich około 4000, ale na niewiele się to zdało. 

Cała sytuacja miała wyglądać mniej więcej tak:


Pojawiły się co prawda pewne nazwiska, ale jako że ich udział w tym, podkreślmy, domniemanym zdarzeniu, nie został ujęty we wnioskach ze śledztwa, wrócimy do nich podczas omawiania teorii spiskowych.

Sami paparazzi zarzekali się, że z całą sprawą nie mają nic wspólnego. To jednak nie pomogło i postawiono im zarzuty doprowadzenia do wypadku oraz nieudzielenia pomocy, ale na wniosek francuskiego Sądu Najwyższego w 2002 roku zostały one wycofane. 

To jednak nie zakończyło tej historii. Jacques Langevin, Christian Martinez oraz Fabrice Chassery to paparazzi, którym postawiono też zarzuty naruszenia prywatności. W tej sprawie toczył się osobny proces. Langevin odpowiadał za słynne "ostatnie zdjęcie", które możecie zobaczyć w poprzednim wpisie, a Martinez i Chassery za fotografie zrobione Dianie i Dodiemu już po wypadku. Te zostały oczywiście skonfiskowane, ale panów ostatecznie również i tym razem uniewinniono. 

Sąd w uzasadnieniu podał, że droga, którą podróżował samochód była publiczna, a Diana i Dodi opuszczając hotel byli świadomi, że zostaną sfotografowani. Taki werdykt ucieszył szczególnie właścicieli gazet, które twierdziły, że proces jest próbą zamachu na wolność mediów. Kontrowersje dotyczyły zwłaszcza postaci Langevina, który nie był podobno członkiem grupy ścigającej samochód, a na miejsce katastrofy dotarł dopiero po 15 minutach od momentu, w którym do niej doszło. 

Embed from Getty Images

Po zakończeniu drugiego, angielskiego śledztwa, William i Harry w oficjalnym oświadczeniu podziękowali wszystkim, którzy w nim uczestniczyli. W przeciwieństwie do Mohameda Al-Fayeda, o którego zdaniu na temat tego co naprawdę stało się 31 sierpnia 1997 roku w tunelu Alma, porozmawiamy za tydzień. 

A jakie jest wasze zdanie na ten temat? Co myślicie o Henrim Paulu i roli paparazzi w całym zdarzeniu? Jak zwykle jestem bardzo ciekawa. 

środa, 27 maja 2020

Jak doszło do wypadku księżnej Diany?

Fot. domena publiczna


Księżna Diana zginęła w wypadku samochodowym w Paryżu, 31 sierpnia 1997 roku. Jak do niego doszło? To temat moich dzisiejszych rozważań. 


Ostatnie wakacje Diany


Latem 1997 roku media żyły relacją Diany z synem znanego egipskiego miliardera, Mohameda Al-Fayeda, który był właścicielem m.in. londyńskiego domu towarowego Harrods, angielskiego klubu piłkarskiego Fulham czy paryskiego hotelu Ritz. Ten ostatni będzie zresztą jednym z bohaterów dzisiejszej historii. 

Wszystko wskazuje na to, że to właśnie Mohamed Al-Fayed zapoznał ze sobą byłą żonę następcy brytyjskiego tronu i swojego najstarszego syna, Dodiego. Jako człowiek bardzo bogaty i wpływowy, często bywał na różnych imprezach charytatywnych i podobno właśnie na jednej z nich po raz pierwszy zetknął się z Dianą. Według niektórych źródeł był też znajomym ojca księżnej, hrabiego Spencera, którego druga żona zasiadała w zarządzie Harrodsa. W każdym razie Mohamed i Diana znali się przynajmniej od 1987 roku, czego dowodzi chociażby poniższe zdjęcie.  

Embed from Getty Images

W 1997 roku Al-Fayed zaprosił Dianę do swojego domu na południu Francji, proponując jej, aby to właśnie tam spędziła swoją część wakacji z synami. Podobno początkowo Diana chciała ich zabrać do Hamptons, ale ten pomysł udaremniła ochrona, twierdząc, że byłoby to zbyt niebezpieczne. W rozmowach miała też pojawić się Tajlandia, ale ostatecznie okazało się, że Mohamed Al-Fayed trafił ze swoją propozycją bardzo dobrze. Została ona bowiem przyjęta. 

To, że stosunkowo słabo znający się ludzie zapraszają się wzajemnie na wakacje, może brzmieć nieco dziwnie. Trzeba jednak pamiętać, że Diana była niesamowicie popularną osobą, jej synowie również nie byli anonimowi, więc istniała raczej ograniczona liczba miejsc, do których ta trójka mogła się udać na letni wypoczynek. Hotel na zwykłej plaży czy nawet apartament w drogim kurorcie nie wchodziły w ich przypadku w grę. 

Warto też wspomnieć, że nie mówimy tu o małym domu z trzema pokojami i dzieloną łazienką, a o wielkiej willi. Posiadłość Al-Fayedów, Castle St Therese, składała się z kilku budynków. Miała, i nadal zresztą ma, 30 sypialni, basen kryty i zewnętrzny, pokój zabaw dla dzieci, kilka tarasów, klub nocny z barem i kinem, siłownię, saunę, kort tenisowy, lądowisko dla helikoptera oraz pomost, przy którym często cumował jacht rodziny. Słowem: to było całkiem sympatyczne miejsce. Możecie je zobaczyć na zdjęciu poniżej. 

  Embed from Getty Images

Wakacje Diany z chłopcami rozpoczęły się prawdopodobnie 11 lipca. 6 dni później paparazzi zrobili im zdjęcia, które obiegły cały świat. W jaki sposób fotografom udało się je zrobić, na razie pozostawiam wam do dopowiedzenia, ale fakt faktem, cała kompania wydawała się świetnie bawić. Była tam Diana, William, Harry, Mohamed Al-Fayed i, a jakże, jego syn, Dodi. Były skutery wodne, skoki do wody i inne podobne atrakcje.  

Embed from Getty Images

Wydaje się, że to właśnie w tych okolicznościach Diana i Dodi się poznali. Co prawda wiele wskazuje na to, że zetknęli się ze sobą już wcześniej, jeszcze w latach 80., ale nawet jeśli tak było, miało to charakter jednorazowy. Diana od czasu swojego ślubu z księciem Karolem poznawała zresztą mnóstwo różnych ludzi. 

Dodi


Przed spotkaniem z Dianą Dodi nie był osobą szczególnie medialną. Pracował co prawda jako producent filmowy, ale trudno go było nazwać popularnym. Wydaje mi się, że Rydwany ognia są najbardziej znanym filmem, w którego powstanie się zaangażował. To produkcja z 1981 roku, która ma na swoim koncie wiele nagród, w tym kilka Oscarów, Złoty Glob i nagrodę BAFTA. 

Mimo że nie był osobą, która przyciągałaby jakąś szczególną uwagę mediów, dość powszechnie uważano go za playboya. Na swoim koncie miał podobno związki m.in. z Julią Roberts czy Winoną Ryder. Jednak do 1997 roku swoją najbardziej medialną relację natury romantycznej stworzył chyba z Brooke Shields. 

Embed from Getty Images

Wróćmy jednak do naszego dzisiejszego tematu.

Drugą połowę lata chłopcy mieli spędzić razem z ojcem w szkockim zamku Balmoral, gdzie rodzina królewska tradycyjnie odpoczywała, i nadal odpoczywa, w sierpniu. Z kolei Diana tuż po zakończeniu urlopu wzięła udział w uroczystościach żałobnych Gianniego Versace, które odbyły się w Mediolanie. Znany projektant został bowiem 15 lipca zastrzelony na schodach swojego domu w Miami Beach. 

Na początku sierpnia udała się natomiast do Sarajewa, aby wesprzeć kampanię na rzecz zakazu używania min przeciwpiechotnych. Zakaz ten zresztą uchwalono niedługo po jej śmierci.

W drugiej połowie miesiąca, już bez chłopców, wróciła natomiast do willi Al-Fayedów na dalszą część swojego letniego wypoczynku. Wtedy Dianie i Dodiemu zrobiono kolejną serię zdjęć na jachcie. Media dosłownie oszalały, bo ewidentnie widać było, że parę coś ze sobą łączy. Do dzisiaj trwają zresztą dyskusje, czy było to coś poważnego. Osobiście uważam, że trudno wyrokować w sprawie znajomości, która trwała zaledwie 1,5 miesiąca.

W każdym razie Diana i Dodi postanowili udać się wtedy jachtem Al-Fayedów w rejs z południa Francji na Sardynię. 


Po jego zakończeniu, 30 sierpnia, wrócili samolotem do Francji, a dokładniej rzecz ujmując, do Paryża. Diana nie widziała swoich synów od miesiąca, chciała więc podobno polecieć do Anglii. William i Harry mieli bowiem wkrótce zakończyć swój pobyt w Szkocji. 

Ritz


Diana i Dodi przylecieli do Paryża prywatnym odrzutowcem rodziny Al-Fayedów. Wylądowali na lotnisku Le Bourget, które obsługiwało głównie loty biznesowe i vipowskie. Towarzyszyło im dwóch ochroniarzy. Jednym z nich był Kez Wingfield, a drugim Trevor Rees-Jones. Panowie spędzili z parą całe lato, pracując, jak zeznał później jeden z nich, po 18 godzin na dobę.  

Embed from Getty Images

Z lotniska około godziny 16.00 odebrał ich zastępca szefa ochrony hotelu Ritz, Henri Paul. Był to moment, w którym wszystkie cztery osoby biorące kilka godzin później udział w feralnym wypadku w tunelu Alma, spotkały się ze sobą. 

W pobliżu lotniska czatowała grupa fotoreporterów. Skąd wiedzieli, że Diana i Dodi się tam pojawią? Wydaje się, że ktoś musiał ich o tym poinformować.

Około 16.30 cała grupa dotarła do hotelu Ritz, którego właścicielem był, jak już wcześniej wspominałam, ojciec Dodiego, Mohamed. Odkupił go w 1979 roku od rodziny Ritzów. W drugiej połowie lat 90. był to jeden z najbardziej ekskluzywnych hoteli na świecie, a noc w nim kosztowała krocie.  

Embed from Getty Images

Diana i Dodi weszli tylnym wejściem i udali się prosto do najlepszego apartamentu, jaki Ritz miał w swojej ofercie. Na zdjęciach z monitoringu widać, że jak cień podążał za nimi jeden z ochroniarzy, Trevor Rees-Jones.

Jakiś czas później Dodi wyszedł z pokoju i udał się do pobliskiego jubilera. Jak łatwo się domyślić, wywoła to później falę spekulacji. Temat pierścionka, tego czy został kupiony, gdzie został kupiony i kto go wybierał, rozłożono na czynniki pierwsze i pewnie można byłoby napisać na jego temat osobny tekst. W każdym razie na zapisach z kamer widać jedynie, że Dodi wrócił do apartamentu z katalogiem w ręku. 

Około 19.00 para opuściła Ritza i udała się do mieszkania Dodiego przy Rue Arsene Houssaye, niedaleko Łuku Triumfalnego. Tak, Dodi miał swój prywatny apartament w Paryżu. Spod hotelu odjechali całą grupą, wykorzystując samochody, którymi wcześniej przyjechali z lotniska. Tego dnia mieli do dyspozycji trzy auta. Dwoma z nich były identyczne Mercedesy S280. 

Mniej więcej w tym samym czasie Henri Paul, który wcześniej odebrał ich z lotniska, skończył swoją zmianę i opuścił hotel. Przed jego frontem zaczęli gromadzić się ludzie, którzy dowiedzieli się, że w środku może być najsłynniejsza kobieta na świecie. 

Z kolei Diana i Dodi, po spędzeniu czasu w mieszkaniu, postanowili zjeść kolację w restauracji Benoit Paris. Zrobili rezerwację, ale paparazzi zaczęli dawać im się we znaki do tego stopnia, że szybko zrezygnowali z tego pomysłu. Zdecydowali, że wrócą do hotelu i zjedzą w L'Espadon, restauracji znajdującej się w jego wnętrzu. 

Wrócili wejściem głównym kilka minut przed godziną 22.00.


Dodi szybko zaczął podejrzewać, że fotoreporterzy dostali się do środka budynku i poprosił, aby dostarczyć im jedzenie do apartamentu.

W tym czasie tłum zgromadzony przed hotelem gęstniał. Byli tam wszyscy: turyści, paparazzi i mieszkańcy Paryża. Ochroniarze próbowali rozmawiać z fotoreporterami i prosić ich o to, aby dali parze nieco przestrzeni, ale ci stwierdzili, że wykonują tylko swoją pracę. To, co działo się tego wieczoru przed Ritzem uwieczniła Australijska turystka, Chloe Papazahariakis. 


Mniej więcej w tym samym czasie do pracy wrócił też Henri Paul. Po co? Prawdopodobnie został wezwany lub też namówiony do tego przez dyrektora hotelu, Franka Kleina. Niektórzy twierdzili, że Paul był jego ulubieńcem, chętnie donoszącym mu o sprawach, które działy się za jego plecami.  

Co więcej, Paul był też człowiekiem bardzo oddanym swojej pracy. Jego znajomi zeznali, że rzadko bywał na urlopie, a jeśli nawet, to zawsze miał przy sobie telefon i był w stałym kontakcie z Ritzem. To wszystko mogłoby tłumaczyć, dlaczego w sytuacji, którą uznano za wyjątkową, poproszono go o powrót do pracy. Tym bardziej, że Paul mieszkał zaledwie kilkaset metrów od hotelu. 

Najwyraźniej nawet elegancki i przyzwyczajony do goszczenia vipów Ritz, nie mógł sobie poradzić z nieprawdopodobną wręcz popularnością Diany. Henri Paul kilkukrotnie tego wieczora wychodził do fotoreporterów i próbował interweniować, ale bezskutecznie.

Dodi po kolacji koniecznie chciał natomiast wrócić do swojego mieszkania. Dlaczego? Tego nie wiemy. Jego ojciec zeznał, że rozmawiał z nim około północy. Twierdził, że syn poinformował go o swoich planach, ale dodał też, że nie wie co robić, bo plac Vendome (na którym znajduje się Ritz) jest pełny ludzi. Mohamed Al-Fayed podobno próbował przekonać go, aby został w hotelu, twierdząc, że "ma tam wszystko" i że wyjście w takich warunkach byłoby niebezpieczne. 

Mimo to Dodi zdecydował, że wróci do swojego mieszkania. Razem z Paulem opracował plan oszukania fotoreporterów. Pod wejście głównie podstawiono w tym celu dwa samochody, którymi wcześniej podróżowała para. Miały posłużyć za wabiki sugerujące, że Diana i Dodi zaraz się przy nich pojawią. 

Kilka minut po północy, 31 sierpnia, Diana i Dodi wyszli z apartamentu i zamienili kilka słów z jednym ze swoich ochroniarzy, Kezem Wingfieldem. Chwilę później Wingfield zszedł na dół, do samochodów zaparkowanych przed frontem budynku, co prawdopodobnie było jednym z elementów planu oszukania paparazzi. Ci bowiem doskonale już kojarzyli obu ochroniarzy Dodiego.  

W tym samym czasie Dodi, Diana, Trevor Rees-Jones i Henri Paul wsiedli natomiast do windy, co uwieczniły hotelowe kamery.


Chwilę później zatrzymali się przed tylnymi drzwiami budynku, czekając na swój samochód. Na zapisach z monitoringu widać, że Diana i Dodi przytulają się do siebie i trzymają za ręce, co chyba potwierdza, że nie byli jedynie dobrymi przyjaciółmi. W końcu żadne z nich nie przypuszczało wtedy, że te nagrania z hotelowych kamer ujrzy w przyszłości cały świat. Nie wyklucza to jednak teorii, że był to tylko wakacyjny romans. 


Na tyłach hotelu, podobnie jak przed jego frontem, znajdowali się fotoreporterzy. Diana i Dodi korzystali wcześniej tego dnia z obu wejść, więc nie było w tym nic dziwnego. 

20 minut po północy cała czwórka wyszła z budynku. Podczas wsiadania do auta paparazzi zrobili im całą serię zdjęć, w tym również to słynne, które możecie zobaczyć poniżej. 

Embed from Getty Images

13 filar paryskiego tunelu Alma 


24 minuty po północy, czyli dosłownie kilka chwil po zrobieniu tego zdjęcia, samochód powadzony przed Henriego Paula uderzył w 13 filar tunelu Alma. 


Niedługo po tym zdarzeniu, na miejsce dotarli paparazzi. Przy rozbitym aucie zaczęły też zatrzymywać się przypadkowe samochody, które akurat tamtędy przejeżdżały. W jednym z nich był lekarz, Frederic Maillez. Szybko stwierdził, że Henriemu Paulowi i Dodiemu Al-Fayedowi nikt nie jest już w stanie pomóc. Z jego relacji wynikało natomiast, że twarz Trevora Rees-Jonesa była poważnie uszkodzona, a Diana płakała, miała problemy z oddychaniem i twierdziła, że bardzo cierpi.

W czasie, kiedy Maillez starał się udzielić pomocy dwójce rannych, paparazzi robili im zdjęcia. Jak już wspominałam, każde ujęcie Diany było w tamtym czasie warte majątek, ale i tak mam nadzieję, może naiwną, że działali oni automatycznie, napędzani siłą przyzwyczajenia. Jeśli tak nie było, oznacza to, że żyjemy w świecie, który bywa naprawdę okropnym miejscem. 

Służby ratunkowe, które niedługo potem dotarły na miejsce wypadku, użyły piły łańcuchowej, aby wydostać Dianę z samochodu. Jeden ze strażaków, Xavier Gourmelon, wspominał później, że na początku księżna rzeczywiście była przytomna, ale to się szybko zmieniło i pierwszy raz trzeba było reanimować ją jeszcze w tunelu. 

Ratownicy starali się dowieźć ją do szpitala jak najszybciej. Ostatecznie trwało to jednak bardzo długo. Wybrano nie najbliższą placówkę, a taką, która była przygotowana na przyjęcie pacjentów w stanie, w jakim znajdowała się wtedy księżna Walii. Ponadto we Francji karetki zatrzymują się na czas przywracania rannemu funkcji życiowych. Nie wiem czy ta zasada nadal obowiązuje, ale na pewno obowiązywała w 1997 roku. Z tego powodu Diana została przyjęta do szpitala dopiero około 2 w nocy, czyli 1,5 godziny po wypadku.

Nieco wcześniej o zdarzeniu został poinformowany ambasador Wielkiej Brytanii we Francji, Michael Jay, który z kolei o sprawie powiadomił prywatnego sekretarza królowej, Robina Janvrina. Przebywał on wówczas z rodziną w Szkocji. 

Około godziny 4 nad ranem lekarze stwierdzili śmierć Diany. Przedstawiciel szpitala poinformował media, że jej przyczyną były rozległe obrażenia wewnętrzne.

 

Na tej informacji cała sprawa się oczywiście nie zakończyła. Można nawet powiedzieć, że wtedy dopiero się zaczęła. Ale o tym porozmawiamy sobie za tydzień. 

Byliście już na świecie, kiedy te wydarzenia miały miejsce? A może dobrze je pamiętacie? Koniecznie dajcie znać. 

wtorek, 21 kwietnia 2020

Harry i Meghan rozpoczęli walkę z tabloidami

Kryzys związany z koronawirusem nadal trwa, więc o poczynaniach większości członków brytyjskiej rodziny królewskiej nie mamy zbyt wielu informacji. Wyjątkiem są tu Harry i Meghan, u których ciągle coś się dzieje. 

Harry i Meghan vs. tabloidy


Rozpoczął się proces, który Meghan wytoczyła wydawcy Mail on Sunday, czyli, jak rozumiem, niedzielnemu wydaniu Daily Mail. Chodzi o ujawnienie treści słynnego listu księżnej Sussex, który swego czasu napisała do ojca, Thomasa Markle, a który on uznał za stosowne sprzedać prasie. Już jakiś czas temu światło dzienne ujrzała informacja, że szanowny pan Markle będzie w tym procesie zeznawał przeciwko córce, o której, jak wiemy, nie ma najlepszego zdania. 



Wczoraj prawnicy Meghan przedstawili treść SMS-ów jakie ona i Harry wysyłali do Thomasa Markle na kilka dni przed ich ślubem w maju 2018 roku. Prosili w nich o to, aby mężczyzna odebrał telefon lub sam do nich zadzwonił, zapewniali, że nie są na niego źli i proponowali mu swoją pomoc. Meghan próbowała też dowiedzieć się, w jakim szpitalu przebywa jej ojciec. Żadna z tych wiadomości nie doczekała się odpowiedzi. Teraz mają one być dowodem na to, że Thomas Markle niemal od samego początku tej historii był w zmowie z mediami. 

Dzień przed ujawnieniem tych informacji, Harry i Meghan wysłali list otwarty do czterech brytyjskich tabloidów, w którym zapowiedzieli zerwanie z nimi wszelkich kontaktów. W tym gronie, oprócz Daily Mail, znalazły się też The Sun, Daily Express oraz Daily Mirror



Osobiście uważam, że Harry i Meghan mogą oczywiście przestać zapraszać tabloidy do udziału w swoich projektach, ale to raczej nie sprawi, że te przestaną o nich pisać. Niemniej jednak, mimo że nie zawsze rozumiem postępowanie księcia i księżnej Sussex, w tej kwestii jestem po ich stronie. I nie chodzi tu nawet o list Thomasa Markle czy tym bardziej o to, aby gazety przestały pisać o tej czy innej parze. 

Razi mnie po prostu brak zwyczaju choćby pobieżnego weryfikowania publikowanych przez takie media informacji. Dawniej (taaak, dawniej... starzeję się!), żeby coś napisać, trzeba było potwierdzić daną informację w kilku miejscach. Dzisiaj bardziej opłaca się obrzucić błotem kogoś zupełnie przypadkowego, a potem zapłacić mu za zniesławienie i poniesione straty moralne, niż zastanowić się nad tym, co serwuje się swoim czytelnikom i co oni później mogą zrobić z taką informacją. 


Embed from Getty Images

No i trochę współczuję samej Meghan. Nie wiem jaką musiałaby być córką, żeby zasłużyć na takiego ojca. Tym bardziej, że jeszcze do niedawna był dla niej naprawdę bliską  i ważną osobą. W marcu 2015 roku na konferencji ONZ Meghan mówiła przecież:

(...) Potrzeba nam więcej takich mężczyzn, tak jak potrzeba nam więcej mężczyzn takich, jak mój ojciec, który nauczył jedenastoletnią mnie, jak opowiedzieć się po właściwej stronie.
Przemowy niezapomniane, Shaun Usher, Kraków 2019

Naprawdę smutne jest to, w jakim kierunku zmierza ich historia. 


Ponad 90 000 funtów na Feeding Britain


A skoro jesteśmy w temacie ślubu Harry'ego i Meghan, to kilka dni temu dowiedzieliśmy się, że część dochodu z transmisji tej uroczystości, zostanie przekazana na fundację Feeding Britain. Zajmuje się ona zapewnianiem gorących posiłków i żywności potrzebującym rodzinom. W czasie pandemii koronawirusa, za pieniądze m.in. ze wspomnianej transmisji, przygotowuje posiłki dla głodnych dzieci, których w tym trudnym czasie jest znacznie więcej niż zwykle. 

Embed from Getty Images 


Jak rozumiem, BBC założyło, że z transmisji królewskiego ślubu osiągnie określony zysk. Ustalono, że jeśli będzie on większy niż przewidywany, nadwyżka zostanie przekazana na wskazaną przez Harry'ego i Meghan organizację charytatywną. Co ciekawe, prezesem fundacji Feeding Britain, którą wybrała para, jest Justin Welby, arcybiskup Canterbury, który w maju 2018 roku udzielił im ślubu. Niewykluczone, że jest to ukłon w jego stronę. Rzecznik pary powiedział w każdym razie, że są oni bardzo szczęśliwi, że te pieniądze zostaną przekazane na tak ważną sprawę. Kwota o której mowa to ponad 90 000 funtów. BBC już potwierdziła jej przekazanie. 

Meghan miała też okazję rozmawiać ostatnio z kobietami zrzeszonymi w organizacji Al Manaar. Panie podejmowały właśnie temat problemów z żywnością w czasie pandemii koronawirusa. 


A tymczasem w Hollywood...


W Los Angeles, którego pandemia koronawirusa również nie oszczędziła, Harry i Meghan postanowili zaangażować się w akcję Project Angel Food. W weekend, jako wolontariusze, roznosili jedzenie najbardziej potrzebującym pomocy mieszkańcom miasta. 

Ostatnio wspominałam wam też o premierze filmu Elephant, w którego produkcję była zaangażowana Meghan. Wczoraj ukazał się wywiad z księżną. Opowiada w nim o kulisach swojej pracy dla Disney'a. Poniżej możecie znaleźć fragment programu Good Morning America, poruszający ten temat. 


A co wy myślicie na temat działań Harry'ego i Meghan? Jestem szczególnie ciekawa waszego zdania na temat kwestii związanej z tabloidami. 

środa, 15 kwietnia 2020

Wielkanoc 2020


W tym roku Święta Wielkanocne w brytyjskiej rodzinie królewskiej wyglądały zupełnie inaczej niż zazwyczaj. A dokładniej rzecz ujmując: nie do końca wiemy, jak wyglądały. Nie było rozdawania symbolicznych monet w czwartek ani nabożeństwa w niedzielę. Czym w takim razie zajmowali się w tym czasie royalsi? No cóż, pewnie tym samym, czym większość z nas. 

Po pierwsze: jedli 


W Wielki Piątek królewscy cukiernicy podzielili się z nami przepisem na wielkanocne ciasteczka. Oto on:

Baza:
350 g mąki
5 g sody oczyszczonej
10 g mielonego imbiru
5 g cynamonu
125 g niesolonego masła
175 g brązowego cukru
1 jajko
60 g złocistego syropu (można go zrobić w domu z wody i cukru, fajną recepturę znajdziecie tutaj)

Lukier:
2 białka jaj
600 g cukru pudru

Sposób przygotowania:
1. Piekarnik rozgrzewamy do 170 stopni. 
2. W misce mieszamy ze sobą mąkę, sodę oraz przyprawy. 
3. Dodajemy pokrojone w kostkę masło i znowu mieszamy. 
4. Dodajemy cukier. 
5. Po połączeniu składników dodajemy jajko i złocisty syrop. Mieszamy.
6. Gotowe ciasto rozwałkowujemy na grubość około 5 mm. Do wycięcia ciasteczek możemy użyć np. foremek.
7. Pieczemy przez 12-15 minut, aż nasze ciasteczka będą miały złoty kolor.
8. Studzimy je. 
9. Ubijamy białko z cukrem i tak przygotowanym lukrem dekorujemy ciasteczka. Można użyć do tego również barwników spożywczych. 

Próbowaliście? Planujecie spróbować? Oryginalny przepis znajdziecie na stronie brytyjskiej monarchii. Tak na wypadek, gdybym coś przekręciła. Ja i kuchnia średnio się lubimy... 

Po drugie: czytali 


W Wielką Sobotę księżna Camilla postanowiła polecić nam kilka dobrych książek. Po jakie lektury warto według niej sięgnąć?

1. Bez wytchnienia, William Boyd
2. Opowieść o dwóch miastach, Charles Dickens


3. Seria z Simonem Serraillerem, Susan Hill (nie znalazłam polskiego wydania dwóch ostatnich tomów tej serii)


4. The Secret Commonwealth, Philip Pullman (nie znalazłam polskiego wydania tej książki)

5. Saga rodu Cazaletów, Elizabeth Jane Howard (nie znalazłam polskiego wydania dwóch ostatnich tomów tej serii)



6. Dżentelmen w Moskwie, Amor Towles
7. Kobieta z czerwonym notatnikiem, Antoine Laurain
8. Uczeń architekta, Elif Safak
9. Travels on my Elephant, Mark Shand (nie znalazłam polskiego wydania tej książki)



Czytaliście którąś? Na mojej liście książek do przeczytania od jakiegoś czasu znajduje się Dżentelmen w Moskwie


Po trzecie: ukłonili się tradycji 


W tym roku w Wielki Czwartek przypomniano o zwyczaju królewskiej jałmużny, którą tego dnia rozdaje się osobom szczególnie zasłużonym dla społeczeństwa. 

W Wielki Piątek członkowie Royal Choral Society tradycyjnie odśpiewali oratorium Mesjasz, skomponowane swego czasu przez pana Handla. Mówi się, że to jego najbardziej znane dzieło i zapewne to prawda, ale myślę, że faworytem do tego tytułu jest dla obserwatorów brytyjskiej monarchii oraz fanów piłki nożnej zupełnie inny utwór. Niemniej jednak oratorium odśpiewano tradycyjnie i nowatorsko zarazem. Zobaczcie sami:



W Wielką Sobotę z kolei wysłuchano słów królowej Elżbiety, która przypomniała, że Wielkanoc nie została odwołana, mimo że jej obchody wyglądają w tym roku inaczej niż zwykle. 

W Wielkanoc natomiast książę Walii odczytał fragment Ewangelii Św. Jana, opowiadający o zmartwychwstaniu Jezusa. Nabożeństwo, podczas którego mogliśmy go usłyszeć, było transmitowane online przez Opactwo Westminsterskie oraz Katedrę w Canterbury. 

A jak tam wasze święta? Mam nadzieję, że miło je spędziliście :)

czwartek, 9 kwietnia 2020

Wielka Brytania walczy z koronawirusem

Sytuacja związana z pandemią koronawirusa nadal jest bardzo trudna. Ludzie z całego świata nie szczędzą środków na walkę z tym zagrożeniem. Jak wygląda zaangażowanie brytyjskiej rodziny królewskiej w te działania? 


Królowa przemówiła do swoich poddanych 


W niedzielę o 21.00 polskiego czasu, królowa Elżbieta II po raz piąty w historii zwróciła się do swoich poddanych w telewizyjnym przemówieniu. Oczywiście raz w roku, w święta Bożego Narodzenia, monarchini ma zwyczaj przemawiać do narodu, ale poza tym niezwykle rzadko korzysta z takiej możliwości. W obliczu pandemii koronawirusa postanowiła to zrobić. Jej słowom przysłuchiwało się na żywo ponad 20 milionów osób, czyli całkiem sporo, jak na brytyjskie warunki. 



Królowa podziękowała pracownikom ochrony zdrowia, poprosiła swoich poddanych o zjednoczenie oraz wyraziła głęboką wiarę w to, że dzisiejsi mieszkańcy Wielkiej Brytanii i krajów Wspólnoty Narodów są równie silni jak ich przodkowie, np. w czasie wojny.


Boris Johnson trafił na intensywną terapię


Sytuacja związana z koronawirusem jest w Wielkiej Brytanii dosyć ciężka. Ze sporymi problemami zdrowotnymi zmaga się szef tamtejszego rządu. W chwili, w której królowa przemawiała do narodu, Boris Johnson trafił do szpitala, a dzień późnej, w związku z pogarszającym się stanem zdrowia, został przyjęty na oddział intensywnej terapii. Jego tymczasowym zastępcą został minister spraw zagranicznych, Dominic Raab. 



Słowa wsparcia dla premiera płyną ze wszystkich stron. Swoje wiadomości wysłali do niego również członkowie rodziny królewskiej.




Rodzina królewska dziękuje 


Cały świat jest pod wielkim wrażeniem zaangażowania pracowników ochrony zdrowia w walkę z koronawirusem. Wielka Brytania nie jest tu wyjątkiem. Do akcji z oklaskami dla NHS przyłączyła się też rodzina królewska. 

Przy okazji mogliśmy wszyscy zobaczyć, jak bardzo urósł mały Louis. 



Z kolei William i Kate uczestniczyli wczoraj w wideorozmowie z dziećmi i nauczycielami ze szkołCasterton Primary Academy, która współpracuje z organizacją Place2Be. Para chciała w ten sposób podziękować nauczycielom i innym pracownikom resortu edukacji za ich ciężką pracę. 




Książę Karol jest już zdrowy


Wszystko wskazuje na to, że książę Karol jest już zdrowy. Z tego co rozumiem, w Wielkiej Brytanii osoba zakażona musi izolować się przez 7 dni. Jeśli po tym okresie wszystko jest w porządku, uznaje się ją za zdrową. Przyznaję, że nie do końca pojmuję, jak działa ten system. Może ktoś z was lepiej go rozumie?

W każdym razie książę Karol swoją izolację zakończył pomyślnie, ale, jak sam przyznał, nadal zapobiegawczo i zgodnie z zaleceniami unika kontaktu z innymi ludźmi. Razem z księżną Camillą przebywa aktualnie w odosobnieniu. 

Dzisiaj para obchodzi 15 rocznicę swojego ślubu. Z tej okazji Clarence House udostępnił wczoraj ich wspólne zdjęcie z Birkhall. 




Ślub księżniczki Beatrice prawdopodobnie został przełożony


Nie doczekaliśmy się jeszcze oficjalnego ogłoszenia, że ślub księżniczki Beatrice został przełożony, ale jej matka, księżna Yorku, w swoim ostatnim wywiadzie przyznała, że nie odbędzie się on 29 maja. Wydaje się, że Sarah Ferguson jest dość wiarygodnym źródłem informacji w tej sprawie. 

Od jakiegoś czasu wiemy też, że teściowie księżniczki Eugenie są zakażeni koronawirusem. Z informacji mediów wynika, że stan ojca Jacka Brooksbanka jest dość poważny. Pozostaje nam życzyć im obojgu dużo zdrowia. 

Myślę, że wszyscy czekamy z niecierpliwością, aż cała ta sytuacja się trochę uspokoi. Oby stało się wkrótce. A tymczasem trzymajcie się ciepło! 

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia